| Meksyk: Los monaguillos de Tenango del Aire |
|
|
|
| Aktualności Misyjne - Meksyk |
| czwartek, 05 lutego 2009 00:00 |
|
Co oznacza to słowo? „los monaguillos” – to słowo tłumaczy się: „ministranci”. Drogi przyjacielu misji i misjonarzy, chcę w tym artykule opowiedzieć ci o mojej pracy z dziećmi, a dokładnie o ministrantach i ministrantkach z naszej parafii i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Tenango del Aire. Mam tę wielką i niekłamaną radość tworzenia grupy ministrantów, ponieważ w naszej parafii takiej grupy nie mieliśmy. Zaraz po moim przyjeździe zauważyłem brak ministrantów w kościele. A więc pomysł stworzenia takiej grupy zrodził się we mnie wręcz natychmiast. No ale był jeszcze jeden mały szkopuł! Jako nowy misjonarz nie najlepiej operuję językiem i nie znam tutejszych parafian. Pomimo to zdecydowałem się na organizowanie dzieci i przygotowanie ich do służby ministranckiej. Jak się później okazało, zgłosiło się ośmiu pierwszych kandydatów. Choć przyznać muszę, że z rozmów z zaprzyjaźnionymi osobami w Tenango dowiedziałem się, że za wiele dzieci to nie zechce przyjść. Jak zapytałem – Dlaczego? – to otrzymałem odpowiedź, że tutejsi ludzie z dystansem odnoszą się do nowych idei. Od razu sobie pomyślałem, że to nie tylko nowa idea, ale na dodatek idea nowego misjonarza – wtedy to zaledwie z miesięcznym stażem. Jednak nie robię tego dla siebie i w swoim imieniu. Tu działa Ktoś, dla Kogo poświęciłem swe życie i dla Jego imienia posługuję. I moi drodzy, warto było zrobić ten pierwszy krok, bo po nim przyszły następne i następne, a Bóg błogosławi przeobficie. Dziś, po pięciu miesiącach mej posługi i czterech miesiącach tworzenia ministrantów, do grupy przynależy czternaścioro dzieci plus dwie nowe kandydatki. Grupa oczywiście jest mieszana, jest w niej pięciu chłopców i jedenaście dziewczynek. Dla każdego ministranta i ministrantki zakupiliśmy stroje dzięki pieniążkom otrzymanym w Polsce przed moim wyjazdem – od wiernych z mej rodzinnej parafii w Halembie. Dzięki tej pomocy nasi mali ministranci mogą z dumą i radością służyć w pięknych strojach liturgicznych. Kolejna ważna rzecz, którą bardzo sobie cenię, to wychodzenie do ludzi, aby pozyskać ich dla Boga, dać się im poznać poznając ich zarazem. Taka wzajemna wymiana. Tak też było i jest w moim poszukiwaniu kandydatów. Obecnie, aby lepiej się poznać z rodzinami naszych ministrantów, staram się odwiedzić dom każdego z nich, aby się wzajemnie zaznajomić i tym samym stać się godnym ich zaufania. Zaufanie to wielka sprawa. Jeszcze bardziej przekonałem się, jak wielka, kiedy wpadłem na pomysł zorganizowania rekolekcji ministranckich i wyjazdu z dziećmi poza Tenango. Kiedy tę ideę ogłosiłem rodzicom, nic nie wskazywało na to, że mogą pojawić się trudności. A jednak. Okazało się, że dla dzieci z naszej parafii, jak i ich rodziców, to coś całkowicie nowego, żeby dziecko wyjechało na kilka dni bez rodzicielskiej opieki. Tak więc po raz kolejny miałem okazję odwiedzić kilka rodzin dzieciaków, aby przekonać rodziców do tego pomysłu i do mnie także, że jestem godny ich zaufania i powierzenia mi opieki nad ich pociechami przez trzy dni. I warto było znów wyjść i powalczyć o realizację tejże idei. Jedno spotkanie było dla mnie bardzo trudne, kiedy to ojciec ministrantki Sarahi stanowczo stwierdził, że córki nie puści samej, no chyba że z babcią lub mamą. A więc ja przystałem na to. Zawsze jedna osoba więcej do pomocy i opieki. No ale niestety, ani mama, ani babcia w tym czasie nie mogłyby pojechać. Tak więc rozmowa spaliła na panewce. Pomyślałem, że już nic nie wskóram. Jednak Bóg ma swoje tchnienie Ducha Świętego i tato zgodził się po kilku dniach przemyśliwań puścić córkę z pozostałymi dziećmi na ich pierwsze w życiu i historii naszej parafii rekolekcje dla ministrantów. Co zaś tyczy się samych rekolekcji, to może zacznę od końca, tj. od powrotu z rekolekcji do Tenango. Kiedy zostały nam już ostatnie godziny do powrotu do domu, zapytałem dzieciaki, czy cieszą się, że już wracamy? Odpowiedź była kapitalna, że „NIE! Bracie, a może by tak o jeden dzień dłużej?” Dlatego pytały o jeden dzień dłużej, ponieważ w Meksyku dzieci 2 lutego mają wolne od szkoły. Jak się okazało, dzieciom bardzo spodobało się to małe oderwanie i ta swoista lekcja samodzielności. Również ciekawa była reakcja dzieci na plan rekolekcji, w którym, jak to przystało na rekolekcje, nie brakowało czasu na modlitwę i konferencje. Kiedy ogłosiłem tenże plan, dzieci zawołały: „Bracie! – Hermano! – nie za dużo tych modlitw?” W tym momencie uświadomiłem sobie, że dla nich plan przedstawiał się bardzo ponuro. No ale jak rekolekcje, to też i czas na wspólną zabawę i poznanie się. Tematem rekolekcji było „Conocernos mejor” – „Poznajmy się lepiej”, a to dlatego, aby dzieci, poznając siebie i mnie, stworzyły taki dziecięcy kolektyw, w którym jest miejsce i na śmiech, zabawę, ale też na wzajemną pomoc, przyjaźń i szacunek. Czas upłynął nam szybko i radośnie w bliskości Jezusa. A dzieci, jak to dzieci, kiedy przychodziła pora na spanie, z podwójną siłą rozrabiały, co tak szczerze bardzo mnie cieszyło, bo przed wyjazdem obawiałem się, że może będą bardzo tęsknić i w ogóle… Jednak było wszystko dobrze. Gdy idzie o wspólną modlitwę, to dzieci zaskakiwały mnie swoją punktualnością, zaangażowaniem się w nabożeństwa i dialog podczas konferencji duchowych. Ten wspólnie przeżyty czas „retiro” – „rekolekcji”, był dla nich wielką frajdą i dla mnie również. Bardzo się cieszę, że jednym z mych zadań w naszej parafii i sanktuarium Miłosierdzia Bożego jest praca z ministrantami. Te dzieciaki mnie niesamowicie mobilizują i pozytywnie nakręcają do działania. Ich dziecięca ufność i spontaniczna radość to dla mnie znak Bożego błogosławieństwa i Opatrzności. Odczuwam, jak wiele jest mi dane od Boga dzięki modlitwie tych, którzy nieustannie mi i wszystkim misjonarzom towarzyszą w misyjnej posłudze. Wielkich dzieł Boga nie zapominajcie”. Posługa misyjna uczy mnie, że każde dzieło realizowane w Jego imię, choćby po ludzku wydawało się małym i nie wiele znaczącym, to w Bożych oczach jest wielkie. |




