| Nazywał mnie dobrodusznie Ciccio |
|
|
|
| Aktualności Pozostałe - Inne |
| środa, 10 lutego 2010 22:54 |
|
Z Pacifikiem Pavoncellem, Żydem ocalonym w czasie II wojny światowej przez ks. Stanisława Suwałę, pallotyna odbywającego w tym czasie studia na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, rozmawia ks. Jan Korycki SAC. Ks. Jan Korycki: Cieszę się bardzo, że spotykamy się w tym samym domu, w którym mieszkał bliski nam obu ks. Stanisław Suwała. Na początku naszej rozmowy sięgnijmy pamięcią do tego, jak wyglądało życie Pana i Pańskiej rodziny w okupowanym Rzymie, czyli w czasie, w którym poznał Pan księdza Stanisława. - Po 16 października 1943 roku ja i mój ojciec należący do Partito d'Azione (Partii Akcji) staraliśmy się ukrywać. Brakowało nam pieniędzy, a poza tym co jakiś czas zmuszeni byliśmy uciekać, zmieniając miejsce zamieszkania. W takich okolicznościach ja i dwaj moi koledzy spotkaliśmy pewnego księdza - nie pamiętam jego imienia, który zaproponował nam współpracę polegającą na dostarczaniu żywności dla uciekinierów. Oficjalnie wraz z przyjaciółmi mieliśmy sprzedawać bibułki do papierosów, kamuflując w ten sposób to, czym faktycznie się zajmowaliśmy. Ponadto otrzymaliśmy fałszywe dokumenty na następujące nazwiska: Bruno Proietti (ja), Mario Rossi (Moise) i Franco Rossi (Angelo). Z Waszą działalnością związane było duże ryzyko. Czy gestapo i włoscy faszyści nie deptali Wam po piętach? - Owszem. Pewnego dnia na Piazza Fiume, gdy sprzedawaliśmy bibułki do papierosów, nadjechało trzech włoskich faszystów, którzy zażądali od nas dokumentów. Przekonani, że jesteśmy Żydami, wepchnęli nas do samochodu i zawieźli na Via Tasso, przy której mieściła się siedziba gestapo. Bili nas i z uporem próbowali wydobyć informacje na temat naszych spotkań ze wspomnianym księdzem. Twierdzili, że są na bieżąco ze wszystkim, jednak żądali, abyśmy to my o tym opowiedzieli. Milczeliśmy, by nie narazić innych. Po przesłuchaniu zawieźli nas, wyczerpanych, do więzienia Regina Coeli razem z nowym kolegą Angelem Cal`o, który później stał się naszym przyjacielem. Spotkaliśmy tam przyszłego prezydenta Włoch Giuseppego Saragata, który dodawał nam otuchy, mówiąc: "Jeżeli stąd wyjdziemy, uczynimy Włochy ogrodem". Z Regina Coeli zostaliśmy przewiezieni ciężarówką do koszar wojskowych, 81. Pułku Piechoty, które znajdowały się między Viale delle Milizie a Viale Giulio Cesare. Pewnego dnia pojawił się tam ks. Stanisław Suwała. Spojrzał na nas wszystkich i zwracając się do mnie, rzekł: "Hej, ty, chłopcze, chodź tutaj się wyspowiadać, bo mi się nie podobasz!". Wówczas rozpoznałem w nim kapłana, który częstował mnie marmoladą, gdy chodziłem z ojcem do pracy na Via dei Pettinari. Co on robił w tym miejscu? Czyli już wcześniej spotkał się Pan z ks. Stanisławem Suwałą? - Tak. Mój ojciec utrzymywał kontakty z księżmi pallotynami, u których dorywczo pracował jako elektryk i do których, a w szczególności do księdza Stanisława, zwracał się z prośbą o pomoc. Ksiądz Stanisław nazywał go dobrodusznie Angelino, mnie natomiast Ciccio. Tak więc wezwany przez ks. Stanisława podszedłem do niego, a on mnie zapytał: "Gdzie jest Angelino, złapali go?". Zapewniłem, że go nie zamknęli i że nie puściliśmy pary z ust. A on pytał dalej: "Ale jak i kogo jeszcze z tobą złapali?". Odpowiedziałem: "Jest nas czterech". Wówczas ksiądz poprosił mnie, abym nie wymieniał nazwisk moich towarzyszy niedoli, a jedynie ich wskazał. Poprosił także, abym zachęcił ich "do spowiedzi". Nalegał, mówiąc: "Zrozumiałeś, Ciccio? Cicciarello, zrozumiałeś?". Odpowiedziałem: "Tak, tak, zrozumiałem". Na koniec udzielił mi błogosławieństwa, a ja uścisnąłem mu dłoń w podzięce. Po hebrajsku powiedziałem moim towarzyszom, by poszli się "wyspowiadać", ponieważ ksiądz, którego znam, chce nam pomóc, by uratować nas od śmierci. Zachęcałem innych Żydów, by zachowali spokój i zaufali kapłanowi. W jaki sposób udało się ks. Suwale wydostać Was z koszar? - Po kilku dniach ks. Stanisław udzielił nam następujących instrukcji: mieliśmy udawać, że czujemy się bardzo źle, krzyczeć, że odczuwamy swędzenie, i drapać się w intymnych miejscach. Pewien pielęgniarz współpracujący z ks. Stanisławem pokłuł nam całe ciało drewnianą drzazgą oderwaną z łóżka. Następnie polał skaleczone miejsca płynem, który nam nie zaszkodził, ale spowodował, że nasze usta poczerwieniały i zaczęliśmy odczuwać swędzenie na całym ciele. Zaczęliśmy krzyczeć. Zaczęto więc szukać lekarza i pielęgniarki. Ostatecznie zostaliśmy przewiezieni samochodami w różne miejsca. Ja trafiłem do polikliniki, jeden z moich towarzyszy do szpitala Littorio (obecnie szpital San Camillo), drugi do szpitala San Carlo. W poliklinice zostawiono mnie na oddziale chorób zakaźnych. Informacja napisana przez ks. Stanisława po włosku, podpisana i podstemplowana przez niemieckiego żołnierza, brzmiała: "Choroba zakaźna, pilne". Pozostawiony na oddziale natrafiłem na siostrę z Czerwonego Krzyża (z wieloma medalami), która odezwała się do mnie groźnym tonem: "Kim jesteś? Nazywasz się Bruno Proietti? O, jakże ci nie wstyd, odrażający chłopaku!". Spoliczkowała mnie w obecności faszystów, a potem poprosiła ich, aby odeszli i zdezynfekowali sobie ręce. W końcu włożyła rękawice i nadal mi ubliżała. Traktowała mnie w taki sposób, że zadawałem sobie pytanie: "Panie Boże, gdzie ja się dostałem?!". Nie przestając mnie policzkować, odwróciła się do faszystów i poprosiła ich o opuszczenie szpitala, by nie zarazili znajdujących się tam ludzi, oraz o zdjęcie i wygotowanie swoich ubrań. Przystawiła pieczątkę i poprosiła pielęgniarkę, aby towarzyszyła im do wyjścia ze szpitala. W końcu zamknęła drzwi, odwróciła się do mnie, mówiąc: "Przepraszam", i ucałowała mnie. Gdy wracam myślami do tego wydarzenia, naprawdę chce mi się płakać. W tym momencie zrozumiałem, że tę miniscenkę siostra zaaranżowała wyłącznie po to, by uratować mi życie. Trzymała mnie nadal w objęciach i przepraszając, dodała: "Wiem, że masz na imię Ciccio. Przysłał cię ks. Stanisław. Wiem wszystko. Mam nadzieję, że nie puściliście pary z ust, prawda?". "Nie, nie puściliśmy pary z ust", odpowiedziałem. Mówiła: "Usiądź tutaj, przyniosę ci coś do jedzenia". Po obiedzie udzieliła mi dokładnych wskazówek, w jaki sposób opuścić szpital niezauważonym. W niedziele rodziny z dziećmi odwiedzały chorych w szpitalu. Dzięki sugestiom pielęgniarki udało mi się stanąć obok pewnej pani i jej dzieci, która dała mi do zrozumienia, że jest poinformowana o wszystkim. Pielęgniarka dała mi także pieniądze na tramwaj. Zachowując należytą ostrożność, zdołałem dotrzeć do mojego mieszkania przy Via Marco Aurelio 23. Po upewnieniu się, że nikt mnie nie śledzi, i po pokonaniu pewnych trudności zbliżyłem się do bramy domu. Zagwizdałem, aby dać się rozpoznać krewnym. W końcu babcia i siostra otworzyły mi drzwi. Jakie były Pana dalsze losy? - Po miesiącu wkroczyli do Rzymu najpierw Amerykanie, a potem pozostali alianci. W 1950 roku, służąc w wojsku, miałem wielki zaszczyt i radość śpiewania w Lecco podczas parady wojskowej w teatrze dla ks. bp. Giovaniego B. Montiniego, biskupa Mediolanu i przyszłego Papieża Pawła VI. Co stało się z pozostałymi trzema chłopcami zawiezionymi do innych szpitali? - Moise trafił do szpitala Vittorio, a potem zrobił to samo co ja, zgodnie z instrukcjami ks. Stanisława. Angelo pojechał do San Carlo. On także wrócił do domu po tygodniu. A czwarty? - Czwarty z nich, Angelo Cal`o, nigdy nie chciał opowiedzieć o tym, co mu się przydarzyło. Podczas przesłuchania otrzymał silne uderzenia, które uszkodziły mu szyję. Ostatnio, przed śmiercią, powiedział mi, że przewieziono go wówczas na komendę policji i że także jemu udało się stamtąd ujść z życiem. Tak więc wszyscy czterej przeżyliście wojnę? - Tak, tak, wszyscy czterej. Moise wyjechał do Izraela w czasie wojny sześciodniowej (Kippur). Ja również chciałem wyjechać, ale nie miałem takich możliwości. Dziś już tylko ja żyję z naszej czwórki. Teraz otrzymuję bardzo niską emeryturę, ale nadal śpiewam w świątyni, co daje mi radość i napełnia pokojem. Pracowałem jako chórzysta i solista. Kiedy zmarł mistrz hebrajskiego śpiewu liturgicznego Elio Piattelli, kierowałem także chórem. Czy chciałby Pan może coś jeszcze przekazać Czytelnikom? - Pragnąłbym, aby ks. Stanisław został uhonorowany i otrzymał odznaczenie. Podczas naszej rozmowy otworzyłem się, ponieważ wiem, że ksiądz znał ks. Stanisława. W przeciwnym razie nie rozmawiałbym na ten temat. Zawsze miałem opory przed opowiadaniem o tym zdarzeniu. Panie Pacifico, jestem bardzo wdzięczny za Pańskie uznanie i szacunek dla ks. Stanisława. Życzę Panu wszelkiego dobra. Niech Bóg Pana błogosławi! Dziękuję za rozmowę. tłum. WL Dział: Myśl jest bronią - Sobota-Niedziela, 6-7 lutego 2010, Nr 31 (3657)
|






