| Meksyk: Milagro – cud; Bóg bogaty w miłosierdzie |
|
|
|
| Aktualności Misyjne - Meksyk |
| czwartek, 03 grudnia 2009 20:15 |
|
„Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego. Przeto miłosierdzie Boże na wieki wychwalać będę”. Jest takie miejsce w naszym sanktuarium, które dla wielu pielgrzymów, parafian, jak i dla mnie osobiście jest szczególnie wymownym miejscem zawierzenia siebie i swych intencji Bożemu Miłosierdziu. Tym miejscem, które mam na myśli, jest tablica w rogu świątyni przy obrazie Jezusa Miłosiernego, do której są przyczepione zdjęcia, karteczki z intencjami, kosmyki włosów, milagrosa i wiele innych rzeczy: pamiątek i symboli, związanych z konkretnymi ludźmi i ich intencjami. Do tej tablicy nie tylko są przyczepione prośby, ale i podziękowania za otrzymane łaski. Taka swoista tablica modlitwy, którą wyrażają te oto przyczepione do niej drobiazgi . Ilekroć znajduję się w pobliżu tego miejsca, ogarnia mnie niesamowite przekonanie, że bardzo potrzebujemy w naszym życiu Jego wsparcia i łaski. Jak bardzo jesteśmy mali wobec codziennych zmagań w trosce o nasze dziś i jutro i nie tylko nasze, ale tych wszystkich, którzy są nam bliscy i dalecy. Było to w niecały miesiąc po moim przybyciu do Meksyku. To samo miejsce, zaduma i modlitwa nad naszą potrzebą Boga. W pewnym momencie poczułem delikatne stukanie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem za moimi plecami dwoje młodych ludzi z małą dziewczynką na ręku ojca. Taka najzwyczajniejsza rodzina. Przywitałem się i zapytałem, co słychać? W odpowiedzi usłyszałem prośbę o pobłogosławienie ich córeczki, ponieważ wykryto u niej złośliwego nowotwora. Wyjaśniłem im, że nie jestem księdzem tylko bratem zakonnym i z błogosławieństwa nic nie będzie, ale mogę się wspólnie z nimi pomodlić w intencji małej Ximeny (czyt. Himena). I tak wspólnie przed obrazem Jezusa Miłosiernego przy tablicy próśb i podziękowań modliliśmy się za ich córeczkę i całą rodzinę o potrzebne siły. Po modlitwie zamieniliśmy jeszcze kilka słów, a właściwie rozmawialiśmy o chorobie ich córki. Starałem się jakoś pocieszyć i wesprzeć. Więc zadeklarowałem im swoją pamięć o trzyletniej Ximenie i ich rodzinie w moich modlitwach. Tak też się rozstaliśmy nie wymieniając nawet numerów telefonów i nie mając ze sobą innego kontaktu, jak ten przez wiarę w Opatrzność Bożą. Przez kolejne miesiące niejednokrotnie wracałem do tego spotkania w mych modlitwach i wspomnieniach tych może 20 minut modlitwy i rozmowy. Cały czas towarzyszył mi obraz tych rodziców małej dziewczynki chorej na raka. Byli tacy spokojni a zarazem dawała się odczuć jakaś wewnętrzna siła rodziców Ximeny – szczególnie wtedy, kiedy powiedzieli, że zrobią wszystko, co będą mogli zrobić po ludzku jako kochający rodzice z punktu wiary i opieki medycznej. Pamiętam, że jeszcze dodali, iż ich córeczka to nie ich własność, ale że należy do Boga. I tyle, nic więcej. Jednak ta ich postawa zakodowała się w mym umyśle na dobre. 21. czerwca br., jak w każdą niedzielę, odprawiała się Msza św. z udziałem dzieci o godz. 9.30, której przewodniczył ks. Bartek. Jak to na Mszy z udziałem dzieci, było spontanicznie i dosyć gwarnie. Na Ojcze nasz… Bartek zaprosił dzieci do prezbiterium, aby wspólnie odśpiewać Modlitwę Pańską trzymając się za dłonie. Między dziećmi była taka mała dziewczynka z bardzo krótkimi włosami i niesamowicie roześmianą buzią. Zaraz zorientowałem się, że z pewnością nie jest z parafii, bo twarze dzieciaków z parafii to już znam. Po Mszy odprawiłem ministrantów do domów, no i już miałem zamiar udać się na plac przed kościołem, kiedy to w pewnym momencie ta mała roześmiana dziewczynka z Ojcze nasz… zatrzymała mnie w drzwiach zakrystii i spytała: Pamiętasz mnie…? Zanim wystękałem moją odpowiedź, do zakrystii weszło jeszcze kilka osób. Widząc, że nie wiem, co odpowiedzieć, przywitali się szybko i zapytali mnie, czy przypominam sobie pewną rozmowę i modlitwę sprzed ok. 10 miesięcy w intencji chorej dziewczynki i jej rodziny. W tym momencie wszystko wydało mi się jasne; ta roześmiana buzia i te krótkie włosy. Wtedy już byłem pewien, że to ta rodzina, o której tyle myślałem. Zanim zapytałem o stan zdrowia Ximeny, jej rodzice powiedzieli mi z wielką radością, że przyjechali do sanktuarium podziękować Jezusowi za dar zdrowia ich córeczki. Kamień spadł mi z serca i ogarnęła mnie wielka radość. Wraz z Ximeną i jej rodzicami przyjechali dziadek, wujek oraz starsza siostra. Udaliśmy się do pokoju gościnnego, aby wspólnie móc się cieszyć z daru zdrowia ich córki. Jednak zanim przygotowałem kawę i ciastka, zaprosiłem wszystkich na chwilę dziękczynienia do naszej domowej kaplicy, przed oblicze Tego, który jest źródłem wszelkich łask. Modląc się spontanicznie, zostało wypowiedziane dziękczynienie za dar zdrowia córki, ale też i za to, że przez czas tej trudnej próby Bóg umocnił i zjednoczył całą rodzinę. Po modlitwie rozmawialiśmy jeszcze dłuższą chwilę bawiąc się z 4 letnią Ximeną i jej starszą siostrą. Tak wspólnie spędzając ten radosny czas, zapytałem o tę modlitwę z kaplicy i to dziękczynienie za dar jedności w rodzinie. Wszyscy zaczęli opowiadać o wcześniejszych relacjach i jak Pan przez chorobę Ximeny odnowił myślenie i rozpalił ognisko miłości rodzinnej między krewnymi. Zaś sama Ximena to czysty ogień, pełna radości, pogody ducha i niewyczerpanej siły. W czasie tej wizyty zdążyła się ze cztery czy pięć razy przewrócić, pozbierać się i znów ruszyć do zabawy. I gdyby nie króciutkie włosy, świadczące o przebytej chemioterapii, to nie sposób byłoby się domyślić, że ta mała, figlarna dziewczynka przebyła tak trudną walkę z nowotworem. Jest radość! tak zwykł mawiać śp. Proboszcz ks. Alojzy Brzezina z mojej rodzinnej miejscowości. Jest radość! Jestem przekonany, że Bóg nie jest głuchy na głos naszego wołania. Nie zawsze potrafimy zrozumieć znaczenie doświadczenia cierpienia w naszym życiu i naszych bliskich. I ja także nie jestem w tym przypadku wyjątkiem i nie znam odpowiedzi na pytanie: Dlaczego?, a cierpienie też przepełnia mnie trwogą. Jednak takie świadectwo wiary i postawa pełna ufności w Boże Miłosierdzie i Jego opiekę nad nami, jakiego doświadczyłem od tej rodziny, napełnia mnie nadzieją i przekonaniem, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują”. Imię: Ximena w języku Indian Navarro znaczy: „Ta, co słucha”. Tego jej życzę, aby zawsze w swym życiu słuchała i wypełniała wolę Boga. I choć to nie jest łatwe, aby się nawracała i trwała w obliczu Jego miłości miłosiernej – bo to On jest naszą nadzieją i przyszłością. Z misyjnym pozdrowieniem, Br. Miguel Szczygioł SAC |




